25.11.2017 Ostatnia aktualizacja 19:35, 24.11.2017
  • c1
  • c2
  • c3
  • c4
  • c5
  • c6

King of the Arctic - prawdziwa historia dentystyczna

Autor:
Mirosław Stefański
Opublikowano: 19 Maj 2007
Oceń:
1 1 1 1 1
Kategoria:
Szlaki turystyczne
Jest środa, 10 grudzień. Jadę do dentysty. Nie było by w tym nic dziwnego gdyby nie to, że od Skarżyska oddalony jestem o 3000 km i nie jadę, a tak naprawdę to lecę helikopterem. Nie powinno też już nikogo dziwić, że lecę helikopterem Gubernatora Svalbardu. Zabieram ze sobą plecak, fuzję i sześć sztuk ostrej amunicji. W myślach planowałem zastrzelić mojego stomatologa, który mówiąc delikatnie - spaprał swoją robotę w kraju, efektem czego są moje kłopoty. Plomba wypadła, ząb się wykruszył a na dodatek mam już ostre zapalenie nerwu i chyba zapalenie okostnej.

W fatalnej kondycji psychicznej wsiadłem na pokład helikoptera. Helikopter Gubernatora Svalbardu powracał z rutynowego lotu na Wyspę Niedźwiedzią i zbaczając nieco z kursu wylądował przy Polskiej Stacji Polarnej w Hornsundzie.

Krzysztof Migała, kierownik naszej (już XXVI) Wyprawy chyba ostatnio zaczął czytać w moich myślach, bo zastanawiałem się nad wydezynfekowaniem kombinerek. . . Na dodatek w szybkim tempie uszczuplałem zapasy pyralginy i szałwi a w kuchni mogło zabraknąć goździków.

Perfekcyjna logistyka: rano Krzysztof wysyła fax z zapytaniem o ewentualną możliwość zabrania mnie do Longyearbyen (jedyne na Spitsbergenie, oddalone o ponad 150 km maleńkie miasteczko - stolica Svalbardu). Nasz meteorolog Leszek Buchert odbiera informację, że Gubernator jest na Wyspie Niedźwiedziej. Tego samego dnia Krzysztof dostaje informację o możliwości zabrania mnie na pokład. Po kilku godzinach na 16 kanale radiostacji UKF woła nas helikopter i przekazuje informację, że za 5 minut ląduje przy naszej bazie.



Tak więc lecę. . . . . . Azymut 78°13' N - Longyearbyen. Ząb mnie boli jak cholera, już nie jestem pewien czy tylko jeden, dwa a może trzy. . Ile zębów można na raz wyrwać? Prawdopodobnie będę miał tylko jeden dzień na wizytę u dentysty. Czy podołam finansowo? Jestem przecież za Kręgiem Polarnym. . .

Pilot poinformował mnie, że w najbliższy piątek polecą na wyspę do pobliskiej stacji meteorologicznej i wtedy będzie okazja do powrotu.

Dziąsło podszyte ropą, wiem że w takiej sytuacji znieczulenie prawie nie działa. . . . . A jak trzeba będzie faktycznie wyrwać te trzy zęby? Ciarki mi przechodzą przez grzbiet, czarny scenariusz rysuje się w mojej wyobraźni. . . Na naszej Stacji Polarnej zostało teraz siedmiu zimowników, ktoś z nich musi mnie zastąpić przy pomiarach geomagnetyzmu i elektryczności atmosfery.

Wyglądam przez okienko helikoptera. Lecimy już kilkanaście minut. Jest pełnia, kilkaset metrów pod nami lśnią lodowce, wyraźnie widać szczyty gór, doliny, cały obszar pokryty białym puchem. Zaczyna docierać do mnie piękno tych widoków i na chwilę zapominam o bólu. Jest zorza. Piękna, potężna i cudownie kolorowa. Wielobarwne draperie falują i układają się w kształt ogromnej litery "V". Chwilę później pod ostrym kątem spada meteor. Leci pozostawiając wyraźny ślad - spala się w atmosferze. Przemyka mi myśl - to Najwyższy chce mi powiedzieć: - "Nie martw się stary, będzie dobrze". Oby tak było. . . .



Po 40 minutach lotu lądujemy na lotnisku w Longyearbyen. Kurtuazyjnie żegnam się i dziękuję za umożliwienie przelotu. Norwegowie pytają się, czy w trybie awaryjnym mam zostać przewieziony do szpitala i czy mam gdzie spać. Wyjaśniam grzecznie, że moim zdaniem lepiej będzie jak następnego dnia udam się do dentysty a teraz chciałbym skontaktować się z Martą, która mieszka i pracuje w Longyearbyen (jest pracownikiem naukowym tutejszego Uniwersytetu). Jeden z Norwegów pokazuje mi, gdzie zlokalizowany jest hotel Norweskiego Instytutu Polarnego. Okazuje się, że jest to bardzo blisko, praktycznie przy samym lotnisku. Za chwilę jedziemy już do Marty.

Mieszkam przy samym lotnisku, w hotelu Instytutu Polarnego. Najważniejsze będzie szybkie dotarcie do Bazy i czym bliżej będę helikoptera - tym lepiej. Uzgadniamy tryb kontaktowania się, wypijam małą kawę i po kilkunastu minutach jestem ponownie w hotelu. Po drodze Marta pokazuje mi, gdzie jest szpital, do którego mam jutro dotrzeć, pokazuje też UNIS (The University Centre in Svalbard ) - gdzie pracuje. Przy okazji zapoznaję się z lokalizacją ważniejszych punktów w Longyearbyen.



Mój hotel to parterowy budynek w kształcie litery "L". Jest zlokalizowany dosłownie 200 m od hangarów, w których stoją helikoptery. We wszystkich oknach ciemno i wygląda na to, że nikt tu nie mieszka. Drzwi do hotelu otwarte, drzwi do mojego pokoju też otwarte. Mając wcześniejsze doświadczenia skandynawskie, specjalnie mnie to nie zdziwiło. Po wejściu do pokoju, zaraz po lewej stronie są drzwi, za którymi znajduje się WC i natrysk. Dalej jest mała wnęka z zapleczem kuchennym, gdzie znajduję wszystko co jest potrzebne w kuchni.

W części mieszkalnej wygodne łóżko, mały stolik z lampką, dwa krzesła, jeden fotelik, szafa na ubrania i mały regał z telewizorem Samsung.

Nie mogłem spać i dopiero nad ranem zapadłem w niespokojną drzemkę. O godzinie 9:00 obudziło mnie pukanie do drzwi. To jeden z Norwegów przyjechał zabrać mnie do lekarza. Z lotniska do Longyearbyen jest około 4 km i po kilku minutach wysiadam przed szpitalem. Na parterze zrzucam z siebie kurtkę i buty a w rejestracji dowiaduję się, że dentysta ma gabinet na piętrze. Mimo ogromnego szacunku i sympatii do Norwegów, stwierdzam, że język mają barbarzyński. Dwa razy przeszedłem korytarz na piętrze i czytając napisy, nigdzie nie natrafiłem na kojarzący się z dentystą, czy stomatologiem. Akurat ktoś przechodził korytarzem więc zapytałem, dowiadując się ze zdziwieniem, że właśnie stoję przed gabinetem stomatologa. . .

Od progu przywitałem się, taktycznie przekazałem pozdrowienia od Marka Kraszuli (to polarnik, który tu podobno kilka lat temu leczył zęby), wszystkich polarników z Hornsund oraz od Narodu Polskiego. Teraz przedstawiłem swój problem. Pan doktor z uznaniem pokiwał głową, kiedy pokazałem mu kartonik z resztkami Pyralginy i garść goździków, jakie miałem przy sobie.

Na miękkich nogach siadłem na fotel dentystyczny. Ten automatycznie powędrował w pozycję horyzontalną a stomatolog dokonał pierwszej inspekcji. Po chwili stwierdził, że będzie potrzebne zdjęcie rentgenowskie. Wszystko tu na miejscu - na delikatnym wysięgniku dentysta przysunął niewielki aparat rentgenowski, wykonał zdjęcie a dosłownie po 2 minutach asystentka przyniosła kopię z piękną podobizną mojego zęba. Padła diagnoza: ostre zapalenie nerwu. Usłyszałem, że pojawiłem się w ostatniej chwili. Za kilka dni mogło już być bardzo niebezpiecznie (dosłowne tłumaczenie). Lekarz uważa jednak, że ząb jest do uratowania. Trzeba jednak go otworzyć i dokładnie usunąć zainfekowaną tkankę. Potrzebne będzie mocne znieczulenie, jakie za chwilę dostanę.

Niejednokrotnie leczyłem zęby i wiedziałem, że w takim przypadku stomatolog wkręca w kanał sprężynkę i usuwa nerw (przynajmniej tak to zapamiętałem). Cóż miałem robić, przyjąłem diagnozę do wiadomości, pot zrosił mi czoło i szeroko otworzyłem usta, poddając się biernie dalszym czynnościom.

Po chwili znieczulenie usztywniło mi pół dolnej szczęki a kilkoma sprawnymi ruchami wiertła lekarz otworzył zęba. Zaczął wkręcać w kanał sprężynkę i co pewien czas zakrapiał jakiś środek, który dodatkowo usztywniał mi pół gęby wraz z językiem. Tak na zmianę: wkręcanie, zakrapianie, czyszczenie. Co chwilę ocierałem spocone czoło i czekałem na moment bólu, kiedy będzie usuwany nerw. I tu, z ogromnym zdziwieniem ale też wielką satysfakcją stwierdzam, że nie doczekałem się bólu. Po 30 minutach lekarz stwierdził, że musi zrobić dodatkowe zdjęcie. Okazało się, że jeszcze jeden kanał wymaga ingerencji. Cały zabieg trwał około godziny i kosztował mnie około 800 NOK wraz z opakowaniem antybiotyku, jaki powinienem przez kilka dni używać.

Pan doktor chciałby mnie widzieć za kilka miesięcy do kontroli, ale nie wspomnę o tym bo chłopaki mnie chyba zastrzelą na naszej bazie polarnej.

Już szczęśliwy, uciekam zrobić niezbędne zakupy i chcę jak najszybciej wracać do Hornsundu. Na poczcie kupowałem widokówki i znaczki. Tu właśnie zauważyłem, że mam 50 dolarów i warto je wymienić na korony norweskie. Zapytałem osobę stojącą w kolejce - gdzie jest najbliższy bank? Wykazałem tu inteligencję na poziomie IQ=4. Okazało się, że bank jest w tym samym budynku a jak się odwróci głowę to widać wielki napis "BANK" i urzędnika siedzącego przy kasie.

Po drodze sprawdziłem jakie są ceny skuterów śnieżnych i pognałem do Marty podziękować za wszystko. U Marty wypijam herbatę i miałem zaplanowaną wizytę w biurze Gubernatora aby dowiedzieć się precyzyjnie o locie powrotnym. Marta zaproponowała, że sama zadzwoni i zrobi rozeznanie. Rozmowę prowadziła w barbarzyńskim języku ale już z intonacji mogłem wyciągnąć pierwsze niepokojące wnioski.

Przeczucie mnie nie myliło. Okazało się, że już na następny dzień zaplanowano lot ale. . . . nie w kierunku naszej bazy! Muszę kilka dni poczekać. W środę jest zaplanowana przedświąteczna wizyta w Hornsundzie i dopiero wtedy mam szansę na powrót (jeśli będzie dobra pogoda). Takie opóźnienie nie było planowane ale byłem całkowicie zależny od Norwegów. Zastanawiam się jak jest z moja kwaterą? Miałem zgodę na 2, 3-dniowy pobyt ale jeśli przyjdzie mi pokryć koszt dodatkowego zakwaterowania - nie wygląda to dobrze.

Trzeba dać pierwszą informację do Bazy. Dowiedziałem się, że w bibliotece jest komputer z dostępem do Internetu. Szybko znajduję to miejsce ale uprzejma pani informuje mnie, że ostatnio jest u nich kłopot techniczny i bardzo chcą otwierać się strony internetowe (mają dostęp satelitarny). Wpisuję www.iridium.com i po chwili mam jednak dostęp do bramki SMS tego systemu. Wysyłam pierwszą informację, która za moment powinna trafić na terminal w naszej bazie. Tylko, czy ktoś usłyszy krótkie sygnały informujące o przyjściu SMS? Nie jestem tego pewien.

Dla mnie najlepszy kontakt to radiostacja. Proszę panią w bibliotece aby w dostępnej jej bazie adresowej znalazła mi klub łączności lub osobę związaną z pracą przy radiostacji. Po chwili mam potrzebną informację. Mathias mieszka na ulicy Nr 228. Nie jest to daleko i po 10 minutach pukam do drzwi. Niestety, nikt nie odpowiada. Pukam do sąsiada i dowiaduję się, że Mathias jest w pracy i dziś pracuje do 22. Zostawiam więc ten temat do jutra i postanawiam pieszo udać się do mojej kwatery, w kierunku lotniska. Jak wspomniałem wcześniej, jest to około 4 km i zapewne po drodze złapię jaką okazję.

Jest minus 21 stopni ale nie ma wiatru. Świeci księżyc a droga jest dobrze oświetlona. Po lewej stronie jakieś pagórki, po prawej brzeg fiordu. Idę spokojnym tempem, oglądam się za siebie ale wciąż nic nie jedzie tą drogą. Przez chwilę przemknęła mi myśl, że lepiej bym się czuł mając przy sobie broń. Inna myśl mi podpowiadała:
- Stary, tu jest niedaleko miasto, tu nie może być białych niedźwiedzi.



Po przejściu około kilometra skończyło się oświetlenie drogi a pod ostatnią lampą uliczną zobaczyłem jakiś znak drogowy, trójkąt z namalowanym zwierzakiem. Okazało się, że to namalowany był nie renifer a właśnie ładny, tłusty niedźwiedź! Nie mam najlepszego wzroku ale na samo wspomnienie niedźwiedzia wzrok mi się wyostrzył tak, ze teraz większość noktowizorów mogła się schować. Przyspieszyłem tempo i pobiegłem nieoświetloną już drogą w kierunku dalekich jeszcze świateł lotniska. Za mną nic nie jedzie, tylko od lotniska jakiś pojazd zmierza w kierunku Longyearbyen. Po kilku minutach mija mnie ale. . . zatrzymuje się kilkadziesiąt metrów dalej i ktoś woła: - Mirek!?

Tego bym się nie spodziewał! Okazuje się, że Marta wczoraj dzwoniła do Jacka a ten postanowił właśnie teraz mnie odwiedzić. Jacek pracuje w Longyearbyen a poznałem go podczas rejsu na Svalbard wiele miesięcy temu. Jacek nie zastając mnie w hotelu, właśnie wracał do Longyearbyen. Miałem farta! Podjechaliśmy pod kwaterę, zaprosiłem Jacka na herbatę i opowiedziałem mu jak tu się znalazłem oraz o tym, że mogę mieć kłopoty z powrotem do bazy. Jacek zadeklarował również możliwość zakwaterowania u niego. To kolejne "wyjście awaryjne".

Tak oto mija 2 dzień mojego pobytu w Longyearbyen. Właściwie to kilka godzin temu zaczął się trzeci dzień. Teraz, kiedy robię notatki jest 5:25. Tak jak poprzednio powodem bezsenności był ząb, tak teraz kwestia powrotu spędza mi sen z powiek. Na wszelki wypadek zabieram się jednak za pakowanie plecaka.

O godzinie 8:30 budzi mnie warkot helikoptera. Udało mi się przespać kilka godzin ale niestety już wiem, że helikopter odleciał. Rozpisuję sobie na kartce precyzyjnie plan działania, otwieram puszkę konserwy rybnej i po takim lekkim śniadaniu gotowy jestem do wyjścia.

Moją uwagę przyciąga wieża kontroli lotów, jaka stoi 200 m od mojej kwatery. Wczoraj szukałem kontaktu z Mathiasem, który jest łącznościowcem a wieża kontrolna najeżona jest antenami do łączności UKF. Może ktoś tu pracujący powie mi, gdzie znajdę dostęp do radiostacji aby nawiązać łączność z naszą Stacją Polarną?

Jak to jest w zwyczaju, zdejmuję na dole buty i wspinam się po schodach tego małego, ale wysokiego na 4 piętra budynku.



Na ostatniej kondygnacji, w małym pomieszczeniu panuje półmrok, rozświetlony wieloma monitorami i ogromną ilością kolorowych światełek na konsolach. Najstarszemu z Norwegów (może szef?) przedstawiam się i wyłuszczam swój problem. Uśmiech pojawia się u mojego rozmówcy. Okazuje się, że to jest właśnie Mathias! Żebym tak trafiał w Totolotka. . .

Na wieży kontrolnej mają tylko radiostacje UKF, mnie potrzebny jest dostęp do radiostacji krótkofalowej - o większym zasięgu. Mathias informuje mnie, że za 20 minut kończy racę i proponuje mi podwiezienie do klubu łączności w Longyearbyen. Klub jest zamknięty ale mój nowy przyjaciel jest jego szefem a klucz ma w kieszeni. Ustalamy, że będę mógł pracować na radiostacji już od 13:30 UTC. Znowu korzystam z Internetu i bezpośrednio z wieży kontrolnej lotniska w Longyearbyen wysyłam SMS do Hornsundu.

Klub łączności zlokalizowany jest niedaleko Uniwersytetu ale w małej, bocznej uliczce. W Longyearbyen jest teraz tylko dwóch krótkofalowców więc praktycznie nikt tu nie wie o istnieniu tego klubu. Bez Mathiasa bym tu nie trafił.

W pomieszczeniu radiostacji straszliwie zimno bo od wielu dni nikt tu nie przebywał. Mathias włącza elektryczny grzejnik i tłumaczy, że energia elektryczna jest tu dość droga i nie ma sensu grzać pustego pomieszczenia. Dla mnie tego ogrzewania mogło by nawet nie być. Najważniejsze, że na stołach zauważyłem dobrej klasy radiostacje "Icom" i "Kenwood" oraz kilka wzmacniaczy mocy. Wcześniej, przed wejściem zauważyłem kilka solidnych konstrukcji antenowych. Już teraz byłem pewien, że taki zestaw bez problemu zapewni łączność z Hornsundem. Punktualnie o 13:30 UTC wołam pod znakiem JW5E:
- Polish Polar Station Hornsund, this is JW5E calling!
Podświadomie czułem, że chłopaki zauważyli przychodzące na terminal SMS-y z informacjami i radiostację mają włączoną.

Nie myliłem się!. Natychmiast odpowiada mi Hornsund. Sygnał jest dość dobry ale mam zakłócenia od radiostacji pracujących na pobliskich częstotliwościach. Szybko wyregulowałem wzmocnienia, zawęziłem pasmo "pośredniej" i po chwili miałem już wspaniały odbiór. Po wymianie informacji, ustaleń "taktyczno-technicznych" jesteśmy umówieni na kolejną łączność na jutro. Wyłączam radiostację, pozostawiając wszystkie ustawienia gotowe do jutrzejszej łączności. Jestem teraz w komfortowej sytuacji bo klucz do pomieszczenia radiostacji mam w kieszeni i mam go do ciągłej dyspozycji.

Niestety, komfort psychiczny nie jest rewelacyjny. Dzisiaj zostałem na noc jeszcze w kwaterze przy lotnisku, mając cichą nadzieję, że w ostatniej chwili pojawi się możliwość szybkiego powrotu do Bazy. Niestety, nic z tego. Nie ma sensu dalsze mieszkanie przy lotnisku. Następna możliwość przelotu pojawi się za kilka dni (w środę lub czwartek).

Idę szukać administracji Norweskiego Instytutu Polarnego. Po drodze wpadłem do UNIS-u (na zdjęciu wejście do UNISu) odwiedzić Martę.



Nie zastaję jej, więc gnam zapłacić za swój pobyt w hotelu. Instytut Polarny mieści się w budynku Naeringsbygget, dokładnie naprzeciw poczty. Zlokalizowani są na pierwszym piętrze ale nie mam tym razem szczęścia bo okazuje się, że ta instytucja czynna jest tylko trzy godziny dziennie i dzisiaj już tam nikt nie pracuje.

Po wyjściu kieruję swoje kroki do budynku obok - Lompensenteret. To coś w rodzaju domu towarowego, gdzie oprócz produktów żywnościowych, można kupić prawie wszystko. Na pierwszym piętrze jest biblioteka, gdzie najwygodniej jest mi wysyłać korespondencję internetową. Znowu nie mam szczęścia - okazuje się, że w piątki biblioteka jest zamknięta. Nie zostaje mi nic innego jak zakończyć ten dzień krótką wizytą u Marty i uciekać na kwaterę.

Przypomniałem sobie, że wypisał mi się długopis a na dodatek już nie bardzo mam na czy robić swoje notatki. Po drugiej stronie ulicy jest jeszcze jeden "supermarket" gdzie dominuje żywność ale udało mi się znaleźć stoisko, gdzie do koszyka włożyłem skoroszyt 100 stronicowy oraz najprostszy długopis. Dobrze, że wziąłem wózka na tak ogromną ilość zakupów. Przy kasie poprosiłem o reklamówkę a młody człowiek rzucił okiem na moją kurtkę i napis na niej: Polish Polar Station i odpowiada mi z uśmiechem:
- proszę uprzejmie!

Nasze "sz" zabrzmiało tak czysto, że nie mogło być wątpliwości - to Polak. Tak też było. Wojtek studiuje na Uniwersytecie (UNIS) i dowiedział się, że przed świętami była potrzeba zatrudnienia dodatkowych sprzedawców. Sam dobrze mówi po norwesku i pracę (jako kasjer-sprzedawca) dostał bez problemu.

Po dokonaniu tych poważnych zakupów udałem się do Marty. Przekazałem Marcie najświeższe informacje i pytam się, czy na tym nieoświetlonym odcinku drogi do lotniska bezpiecznie jest chodzić bez broni?
- zasadniczo tak, ale nikogo nie zdziwi ja będziesz szedł z bronią.

Marta deklaruje możliwość podwiezienia mnie do hotelu i chętnie korzystam z jej uprzejmość. O 18:30 jestem już w mojej kwaterze i najwyższy czas coś zjeść. Na szczęście żywności zabrałem ze sobą trochę więcej - "na wszelki wypadek". Teraz to procentuje. Dzisiaj jest piątek a ja jeszcze mam w zapasie cztery konserwy Luncheon Meat, dwie konserwy Wołowina we własnym sosie, kilka konserw rybnych i kilka zup w proszku. Jak widać menu mam urozmaicone. Zresztą ceny żywności w Longyearbyen choć wysokie, to zbytnio mnie nie szokują. Jest 1:29. Czas ułożyć sobie precyzyjny plan na następne 24 godziny i udać się spać.

W sobotę obudziłem się o 8:30 i jestem nieco spóźniony w stosunku do planu jaki sobie wczoraj ułożyłem. Szybko się ubieram, ładuję broń i zabezpieczoną w futerale zarzucam na ramię. "King of the Arctc" może wejść mi w drogę a niekoniecznie musi być najedzony i spokojny.

Z lotniska do Longyearbyen szybkim marszem doszedłem w ciągu 40 minut. Otwieram swoim kluczem pomieszczenie radiostacji, zostawiam tu rozładowaną (w wyraźny sposób) broń i pas odblaskowy. W pas ten wyposażyła mnie Marta abym był lepiej widoczny przy swoich wędrówkach z miasta na lotnisko. Panuje noc polarna i ciemno tu jest całą dobę.
Gnam do biblioteki bo otwarta jest dzisiaj przez trzy godziny a na dodatek niebawem mam łączność z Hornsundem. Wchodzę na swój serwer pocztowy i wysyłam korespondencję do Instytutu Geofizyki PAN oraz do domu. Czas wracać do radiostacji. Propagacja była fatalna ale punktualnie o wyznaczonej porze wołam naszą Bazę Polarną. Szymek (nasz radiooperator na Stacji Polarnej) ma dobre ucho i mimo fatalnej propagacji udaje się przeprowadzić kolejną łączność. Umawiamy się na jutro na 17 UTC. Nie mam ochoty siedzieć przy radiostacji zbyt długo, elektryczny grzejnik nie dogrzewa pomieszczenia a w Longyearbyen dzisiaj jest minus 29 stopni.

Około 15 docieram do swojej kwatery. Czas na obiad. Tym razem postanawiam zmienić menu i wymyślam sobie taki przepis: "trzy szklanki wody wlej do garnka, wrzuć pokrojoną w kostkę konserwę mięsną, wsyp torebkę zupy cebulowej, do smaku dopraw torebką zupy grochowej, Gotuj 10 minut, jeśli jesteś bardzo głodny - skróć czas gotowania o połowę". Przepis okazał się doskonały i po tak królewskim obiedzie doszedłem do wniosku, że mogę sobie pozwolić nawet na deser w postaci jednej tabliczki kruchego pieczywa.

Ponieważ była sobota, zgodnie ze świecką tradycją postanowiłem wziąć prysznic i zrobić małe pranie. Już miałem wchodzić pod natrysk, kiedy usłyszałem pukanie do moich drzwi. To Marta i Stein zaskoczyli mnie wizytą. Jadą odwiedzić Jacka oraz Rafała i proponują mi zabrać się z nimi.



Jacek i Rafał mieszkają i pracują w hodowli psów, oddalonej o 17 km od Longyearbyen. Mieszkają w małym, drewnianym domku. Dzisiaj jest tu ciepło i przytulnie, ale bywają dni kiedy trzeba odgarniać śnieg spod łóżka. Najważniejsze, że są zadowoleni. Staramy się rozmawiać po angielsku aby Stein też rozumiał o czym mówimy. Z całego towarzystwa najlepiej opanowała ten język Marta, niekiedy dodatkowo tłumaczy Steinowi po norwesku. Rozmawiamy o wszystkim i o niczym, o pozwoleniach na broń, polowaniu na foki, dostępie do Internetu, możliwości wynajęcia i zakupu mieszkania w Longyearbyen, o Unii Europejskiej a w końcu o tym, że Polsce zakup F-16 jest potrzebny tak, jak zającowi dzwonek na ogonie.

Od Steina dowiadujemy się, że kilka dni temu przycumował do Longyearbyen rosyjski statek badawczy Professor Kurentsov. Nasi bracia Słowianie często przypływają tu wieloma statkami nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że na jego pokładzie policja znalazła 25 rowerów - skradzionych w tych dniach w Longyearbyen. Na pierwszej stronie lokalnej gazety Svalbard Posten pokazano mi duże, kolorowe zdjęcie tego statku, przy burcie którego stoją znalezione rowery. Statek jest badawczy, może więc Rosjanie "wypożyczyli" rowery dla badań wyższości wolnobiegu rosyjskiego nad norweskim?
Po dwóch godzinach ponownie jestem w swojej kwaterze. Finalizuję w końcu prysznic i pranie. Teraz, kiedy kończę swoje notatki zaczyna już się niedziela. Czas spać.

Miałem bardzo przyjemny sen - niestety, jestem zmuszony ocenzurować go. Zabieram się za robienie porządków. Zmywam wszystkie naczynia, zlew i łazienkę a na koniec podłogę. Segreguję i wynoszę śmieci. Udaje mi się uzyskać efekt, jak gdyby nikt tu ostatnio nie mieszkał.

Mam trochę czasu i wpadam na pomysł aby odwiedzić port lotniczy, który znajduje się o rzut kamieniem od mojej kwatery. Na wszelki wypadek wieszam na drzwiach kartkę: "I am at the airport".



Właśnie wylądował Boening 737 i w porcie lotniczym jest dość duży ruch. Sam port lotniczy jest niewielki a uwagę przyciąga duża szklana gablota z wypchanym, ogromnym niedźwiedziem. Informacja podaje, że ten "King of the Arctic" dokończył swój żywot 9 maja 1992 r w Hornsundzie, ustrzelony w okolicy naszej stacji polarnej. Przy wyjściu moją uwagę zwraca ciekawa informacja. Jedna z firm wypożyczających samochody przeprasza, że nie ma tu jej przedstawiciela ale jeśli ktoś chce wypożyczyć samochód to stoją one przed wejściem do portu lotniczego i są gotowe do jazdy. Dodatkowe informacje - w samochodzie.



Nie dziwią mnie natomiast wyrwane przewody i brak telefonu w hollu dworca lotniczego. Zapewne jest to efekt wizyty jakiegoś innego "statku badawczego".

Wracam na kwaterę i widzę, że norweska telewizja podaje komunikat "z ostatniej chwili" - wczoraj Amerykanie złapali Saddama Husajna. Nie poświęcają temu zbyt wiele czasu i za moment wracają do transmisji konkurencji FIS, jakie aktualnie rozgrywane są w Austrii. Za godzinę konkurs skoków ale nie będę miał okazji popatrzeć na Małysza. Czekam na Martę aby przenieść się na nową kwaterę.

Nie mogłem spać i dopiero około czwartej nad ranem udało mi się zdrzemnąć...

Postanowiłem sam też udać się do biura Gubernatora i doprecyzować jakie osoby wybierają się odwiedzić naszą Stację Polarną. Po drodze zajrzałem do pomieszczenia radiostacji i przygotowałem sobie nowy zestaw urządzeń oraz zestroiłem radiostację na nieco inne częstotliwości, na których moim zdaniem powinna być jeszcze lepsza słyszalność. Prosto z radiostacji pognałem do biura Gubernatora. Jest to charakterystyczny budynek a zapamiętałem go jeszcze ze stron internetowych jakie odwiedzałem przed wyjazdem.

W recepcji sympatyczna pani (sporo ładniejsza od renifera) powiedziała mi, że sama nie dysponuje taką informacją ale zaraz przywołała kompetentną osobę. Po kilku minutach już wiedziałem, że lot planowany jest na środę, helikopter ma wystartować o 9:00 a ja mam lecieć w towarzystwie v-ce Gubernatora Svalbardu, trzech osób z jego biura, jednej osoby z Norweskiego Instytutu Polarnego, lekarza oraz pastora. Wychodzi na to, że razem z pilotami będzie około 10 osób. Podziękowałem za precyzyjne informacje, dorzuciłem życzenia świąteczne oraz noworoczne i tym razem azymut obrałem na Norweski Instytut Polarny. Wypadało podziękować za gościnę i zapłacić za zakwaterowanie w ich hotelu. Miałem przy sobie jeszcze około 1000 NOK na opłacenie noclegów.

W Norweskim Instytucie Polarnym mój rozmówca powiedział, że ich hotel oficjalnie jest teraz zamknięty (otwierają go tylko w sezonie). Powiedzieli też abym zapomniał o płaceniu a mogę to potraktować jako prezent świąteczny. Faktycznie, niespodziewany to prezent dla mnie bo pobyt w hotelu powinien wynieść około 900 NOK. Tym sposobem mogę sobie pozwolić na kupienie dla Marty jakiegoś drobiazgu - jaki dołączę do podziękowań a na dodatek zostanie mi awaryjnie jeszcze trochę grosza.

Zmieniłem azymut na bibliotekę aby wysłać SMS do bazy, że potrzebuję łączności radiowej. System potwierdza mi, że wiadomość dotarła na terminal naszego telefonu satelitarnego Iridium, Niepokoi mnie tylko to, że po nadejściu wiadomości terminal sygnalizuje to krótkim i dość cichym sygnałem. Jeśli nikogo nie będzie w pobliżu terminala - po prostu wiadomość zostanie niezauważona. Szybko przemieszczam się do radiostacji. O wyznaczonej porze brak odpowiedzi. Trzeba zadziałać bardziej skutecznie.

Postanawiam zadzwonić na nasz telefon satelitarny systemu Inmarsat-B. Na poczcie jest automat ale co ciekawe - nie mają dzisiaj kart telefonicznych. Po przeciwnej stronie ulicy w jednym ze sklepów udaje mi się znaleźć karty i pytam się która z nich powinna być odpowiednia, zaznaczając że będę dzwonił przez system satelitarny. Dostaję informację, że "średnia" karta, za 90 NOK będzie optymalna (karty są tu za 40, 90 i 140 NOK). Przy wyjściu widzę automat i postanawiam stąd zadzwonić. Wybieram raz jeden, raz drugi numer naszego telefonu i za każdym razem dostaję po norwesku jakiś komunikat. Z intonacji wynika mi, że nie można dokonać połączenia. Norweski znam jak chiński, wracam więc na pocztę i w okienku pytam się o opinię w tej kwestii.

Uprzejmy Norweg przychodzi do automatu i sam próbuje się połączyć - bez rezultatu. Po kilku próbach udało się. Trzeba tylko pamiętać, że dzwoniąc stąd trzeba przed naszymi numerami wybrać dwa zera (nic więcej).

Warto też wcześniej trochę potrenować aby mówić w skrótach, szybko i na jednym wydechu. Tak szybko licznik pożerający impulsy widziałem chyba w kraju jak sąsiad włączył spawarkę. Na dodatek to był licznik energetyczny. Zamiast 5 minut, w błyskawicznym tempie impulsy zjechały do zera i po minucie system rozłączył mnie. Widziałem, co się dzieje z impulsami i szybko zdążyłem przekazać nowe częstotliwości i termin łączności.

Kolejna zmiana azymutu - biegiem do radiostacji bo zostało mi 25 minut do pierwszego seansu łączności. Punktualnie o wyznaczonym czasie wołam Bazę i oczywiście Szymon jest na posterunku. Natychmiast mi odpowiada a siła sygnału jest ogromna, muszę skręcać regulacje, aby głośnika mi nie rozwaliło. Mnie też w Hornsundzie słychać doskonale. Przekazuję wszystkie wiadomości (na radiostacji można sobie pozwolić na długą, precyzyjną wymianę informacji) i umawiamy się na ostatnia łączność w dniu jutrzejszym. Zamykam radiostację i już teraz powoli przemieszczam się do centrum Longyearbyen.

Szukam jakiegoś drobiazgu dla Marty. W końcu wybieram dwa śliczne słoniki z wysoko podniesioną trąbą (ten z podniesioną wyżej jest dla Steina). Ten drobiazg dołączę do podziękowań. Marta bardzo mi pomogła. Jest sympatyczną, miłą i ambitną osobą. Mam dużą satysfakcję, że udało mi się ją poznać w trochę dziwnych przecież okolicznościach.

Obudziłem się wyspany. Osiem godzin snu to wynik u mnie od dawna niespotykany. Zaczyna się ostatni dzień pobytu w Longyearbyen. Kupiłem wczoraj za 12 NOK cztery małe bułeczki i wieczorem wsadziłem do lodówki. Teraz zmieniłem ich lokalizację na piekarnik i po 10 minutach podgrzewania w 200° mam pieczywo - jak świeże. Z moich zapasów otwieram filet z makreli w sosie pomidorowym a herbata z czarnej porzeczki dopełnia menu. Jem śniadanie a w myślach, jak w kalejdoskopie przemykają obrazy i zdarzenia z poprzednich dni. Otóż Marta opowiadała mi kilka dni temu, że Stein jest uzdolniony lingwistycznie i sam stara się szybko uczyć języka polskiego.

Jak wiemy - nasz piękny język jest nieco świszczący i szeleszczący a wymówienie nawet tych dwóch wyrazów doprowadza obcokrajowca do ogromnego stresu, graniczącego z zawałem serca. Stein był już kilka razy w Polsce i pewnego dnia postanowił sam zrobić drobne zakupy. Wszedł do pobliskiej piekarni. Poprosił o świeży chlebek ale na półce były dwa rodzaje pieczywa więc sprzedawczyni, pokazując na jeden z nich zapytała:

- Czy o ten właśnie chodzi?
Stein spojrzał w oczy sprzedawczyni i mocnym, męskim głosem odpowiada:
- Nie gryź!
Ekspedientka, nieco zszokowana połapała się w czym rzecz i podała Steinowi ten drugi. Stein z kolei był nieco zdziwiony, że coś zaskoczyło sprzedawcę ale szybko o tym zapomniał i dopiero po kilku tygodniach wszystko się wyjaśniło. Otóż Marta ma dwa psy i Stein często słyszał jak mówiła do nich:
- Nie gryź!

Był przekonany, że to tylko proste zaprzeczenie. Marta mówi, że gdyby nie przepytała go ze słówek to pewnie jeszcze wiele razy kazał by ludziom - aby nie gryźli.

Wieczorem kładę się spać dość wcześnie, w przedpokoju stoi spakowany plecak...

Punktualnie przed 8:00 zamykam ostatni raz drzwi mieszkania. Na wierzy kontrolnej lotniska dziękuję Mathiasowi za umożliwienie mi pracy na radiostacji klubowej. Oddaję klucze, żegnam się i biegiem na dół do helikoptera...

Helikopter Puma już stoi na płycie lotniska i wszyscy praktycznie czekają na mnie od 2 minut. Troszkę przed zaplanowanym czasem wylatujemy. To spory helikopter. Bez problemu zmieściło się wewnątrz 10 osób. Za 35 minut lądujemy 100 metrów od wejścia do naszej bazy polarnej.



Nareszcie w domu!



Tekst i zdjęcia przygotował: Mirosław Stefański



Komentarze

0wikary2007-05-20 02:46#2
Duuuużo widziałem w swoim krótkim życiu - ale tak podróż to jest coś.
Cytuj
0Szpileczka2007-05-19 23:37#1
Szczęka mi opadła, łzy napłynęły do oczu, pozytywnie zazdroszczę przygody życia. Piękne zdjęcia przy okazji.
Cytuj

Dodaj komentarz

Aby dodawać komentarze wypełnij poniższy formularz. Gdy komentujesz jako gość (bez zakładania konta w naszym portalu) Twój komentarz zostanie opublikowany po akceptacji moderatora. Komentarze zarejestrowanych użytkowników (możesz zarejestrować się TUTAJ) publikowane są automatycznie.

Kod antyspamowy


Odśwież

  • OUT5
  • bf
  • out2
  • out1
  • out3

Ostatnio opublikowane

Budżety '18: Powiat skarżyski

Opublikowano: 24.11.2017 20:10

Komentarzy: 0

Zwycięstwo STS-u Skarżysko z SMS Ostrowiec

Opublikowano: 24.11.2017 18:45

Komentarzy: 0

Przebudowany odcinek ul. Paryskiej już gotowy

Opublikowano: 24.11.2017 11:42

Komentarzy: 0

Turniej strzelecki innowacji Zespołu Szkół Tr…

Opublikowano: 24.11.2017 10:49

Komentarzy: 0

Kampania "Czad i ogień - obudź czujność…

Opublikowano: 24.11.2017 09:17

Komentarzy: 0

Koncert Duetu Myrczek&Tomaszewski

Opublikowano: 23.11.2017 22:20

Komentarzy: 0

"Zaduszki Poetyckie" na 12. Kawiarn…

Opublikowano: 23.11.2017 21:34

Komentarzy: 0

Umowa na dofinansowanie modernizacji linii ko…

Opublikowano: 23.11.2017 18:50

Komentarzy: 2

Uczniowie Gimnazjum nr 2 mistrzami Skarżyska …

Opublikowano: 23.11.2017 18:21

Komentarzy: 0

Doniesienie ws. S7 koło Skarżyska. Doszło do …

Opublikowano: 23.11.2017 10:57

Komentarzy: 19

Ostatnie ogłoszenia


Zobacz wszystkie >

Dodaj ogłoszenie +

Glutamina Odżywki

Ostatnio na forum